Lufa

Wywiad z Szymonem Wydrą.

OLA: Jak wygląda dzień powszedni Szymona Wydry?

SZYMON: Dzień powszedni Szymona Wydry wygląda normalnie, bez żadnych gwiazdorskich zapędów, ponieważ Szymon Wydra to jest normalny facet, do którego zawsze można podejść, z którym zawsze można porozmawiać, klepnąć po ramieniu. Naprawdę, zachowuję się zupełnie zwyczajnie, jak każdy inny człowiek i gram też dla normalnych ludzi, którzy mają poukładane w głowie. Nie ma żadnych gwiazdorskich ekscesów. A więc tymi historyjkami nikogo nie zaskoczę i nie chcę robić żadnych skandali, bo to zostawiam innym (śmiech).

OLA: Czy teksty piszesz sam?

SZYMON: Z reguły tak, 80% tych tekstów, które śpiewam, są mojego autorstwa, ale na wszystkie teksty, nawet te nie napisane przeze mnie, pomysł daję ja. generalnie w każdym tekście jest część mnie, ponieważ czuję się odpowiedzialny za to, co śpiewam, z tego powodu, że chcę być prawdziwy. Ja nie jestem aktorem, jestem muzykiem.

OLA: Co Cię inspiruje? Skąd czerpiesz wenę do pracy?

SZYMON: To różnie. Najprościej mówiąc to z reguły moje obserwacje. Nie jestem nastolatkiem, już troszeczkę mam za sobą, myślę, że jeszcze więcej mam przed sobą, ale generalnie coś już w życiu zobaczyłem, czegoś dotknąłem, czegoś doświadczyłem, złego, dobrego. Żadnego kroku w swoim życiu nie żałuję, ponieważ dzięki moim drogom, jakie wydeptałem w swoim życiu, piszę takie, a nie inne teksty. Jeśli one

przypadają ludziom do gustu, to cała przyjemność po mojej stronie.

OLA: Skąd pomysł na nazwę Twojego zespołu?

SZYMON: Tę nazwę wymyślił nasz bardzo dobry kolega, nasz przyjaciel. Był to Horacy. Nie widziałem go całe wieki. Tak na poważnie nazwę Carpe Diem wymyślił Horacy, wprowadził w życie, a kiedy ją usłyszałem i zrozumiałem tak do końca, co kryje się w tych dwóch słowach – Carpe Diem – to znaczy „chwytaj dzień”, „zawładnij chwilą”, zrozumiałem, że to jest moje drugie imię i nazwisko.

OLA: Trzy rzeczy, które wziąłbyś na bezludną wyspę.

SZYMON: Trzy rzeczy? Jedzenie, żeby móc przeżyć, gitarę, żeby móc komponować i osobę, do której mógłbym śpiewać te serenady. Jeżeli taka się trafi, to serdecznie zapraszam i polecam się (śmiech).

OLA: Twoje najwspanialsze wspomnienie z dzieciństwa?

SZYMON: Ja miałem przewrotne dzieciństwo. W pewnym okresie było bardzo piękne, a w pewnym okresie bardzo trudne. Dlatego nie chciałbym hierarchizować wydarzeń: które było najfajniejsze, a które mniej fajne. Hm…wszystkiego można się o mnie dowiedzieć z naszych tekstów.

MARTA: Najbardziej magiczna chwila w Twoim życiu.

SZYMON: Może źle zrozumiałem to pytanie, ale to była magia w dosłownym tego słowa znaczeniu. Kiedyś, parę lat temu uniosłem się półtora metra na ziemię. W KGB, w Rosji, pracował człowiek, który zajmował się uzyskiwaniem prawdy od rzezimieszków. No i ten człowiek przyjechał do Polski, zakończył

pracę tam, i zaczął używać swojej mocy wróżbity, hipnotyzera. Kiedyś miał pokaz w mieście, w którym mieszkam, w Radomiu, akurat w przerwie mojego koncertu. Poprosił nasz zespół na scenę, dotknął naszych głów, policzył do trzech, wszyscy spaliśmy na stojąco. Nagle ten pan, który się nazywa Jurij Mokriszczew poczuł, że ja mam właściwości medium, tylko, że sam nie potrafię tego z siebie wydobyć, i tak mnie głęboko zahipnotyzował, że wziął mnie, jak kłodę drewna pod pachę i w międzyczasie poprosił swoich dwóch pomocników, żeby wzięli krzesła, ustawili je w odległości 170cm oparciami do siebie, i przycupnęli, żeby się te krzesła pod moim ciężarem nie przewróciły, a mnie położył na oparciach. Ludzie zaczęli bić brawo, ale to nie koniec całego przedstawienia. Kazał im się uciszyć, żeby mnie nie wybudzili przypadkowo, i po krześle wszedł na mnie i stał. I wtedy dopiero pokazał, że mogą bić brawo. Szok. Jak ja to zobaczyłem (mam to nagrane na video), to mnie kompletnie zamurowało. Kiedy mnie wybudził,  ja nic nie pamiętałem, tylko widziałem, jak ludzie się śmiali. Różne reakcje były: jedni się śmiali, a inni byli przerażeni albo zdumieni. Jak to zobaczyłem, to też byłem przerażony, a moja mama się popłakała, bo wyglądałem tak, jakbym nie żył.

MARTA: Jak wyglądała Twoja pierwsza randka?

SZYMON: (śmiech) To nie jest, kochanie, na gazetkę szkolną (śmiech). Przykro mi, to zostawię dla siebie.

MARTA: Wierzysz w przeznaczenie, czy uważasz, że każdy jest kowalem własnego losu?

SZYMON: Nie wierzę w czarne koty J, przesądy, a przesąd jest jakąś formą przeznaczenia. Uważam, że coś jest nam pisane, ale nie byłbym w porządku w stosunku do tego, co jest w „Życiu jak poemat”: „Nasze życie będzie, jak poemat, trzeba tylko znaleźć dobry temat”. Czyli każdy jest odpowiedzialny za to, kim będzie, co chce zrobić ze swoim życiem. Ta piosenka jest niejako drogowskazem dla wielu ludzi. Wiele osób pisze do mnie maile, że życie płata figle, że jest źle, że byli blisko upadku, i nagle usłyszeli „Życie jak poemat”, które stało się dla nich wskazówką, pokazało im drogę, którą mają iść. I to jest fajne. Czyli jesteśmy kowalami własnego losu. Trzeba mieć marzenia, trzeba do czegoś dążyć, trzeba mieć pasję, bo sama pasja jest gwarancją, że człowiek nie znajdzie się pod budką z piwem, bo jak się ma pasję, to jest się bogatszym od innych ludzi.

MARTA: Jak trafiłeś do „Szansy na sukces” oraz do „Idola”?

SZYMON: Do „Szansy na sukces”  trafiłem nie przez casting, tylko pani Ela S. zadzwoniła do mnie, znalazła mój numer, nie mam pojęcia, jak. Kompletnie kobiety nie znałem. Chociaż domyślam się: swojego czasu nasz zespół nagrał mnóstwo płyt demo i wysyłaliśmy je w różne miejsca, do różnych miast, firm fonograficznych, wydawnictw i gazet muzycznych, do telewizji. I pani Ela zadzwoniła do mnie po przesłuchaniu jednej z wielu płyt demo, które przysyłają jej różni muzycy. To jest fuks, że przesłuchała akurat tę, i spodobała

jej się moja barwa głosu. Powiedziała mi, że mam szansę coś wywalczyć. Zapytałem o casting, a ona powiedziała, że już go przeszedłem, kiedy przesłuchała moje demo. A do „Idola” ? Miałem kiedyś swojego czasu inny zespół, który nazywał się Deszczowe Psy i mieliśmy próby w Warszawie. Graliśmy bardzo agresywną muzykę, wręcz heavy metal. I po jednym z koncertów poszedłem z kumplem na casting do „Idola” żeby zobaczyć, co się dzieje, bo było o tym głośno. Jakoś tak wyszło, że zaśpiewałem, spodobałem się i byłem tam pięć miesięcy (śmiech).

MARTA: Czy to dzięki tym programom zająłeś się muzyką, czy była to decyzja niezależna od niczego?

SZYMON: Nie, mój zespół ma 13 lat. Kiedy go zakładałem, o „ Idolu” świat jeszcze nie słyszał, a „Szansa na sukces” dopiero zaczynała. Może nie wydalibyśmy płyty teraz, ale może za rok, może za dwadzieścia lat - nieistotne. Muzyka to nie sport. Niektórym się szczęści wolniej, innym szybciej, a niektórzy mają więcej szczęścia niż rozumu. Ja z zespołem wydałem płytę w roku 2002, przez trzy lata mieliśmy przerwę, kiedy inni się ścigają i co roku wydają, a ludzie walą na nasze koncerty tłumnie, nie znudziła się muzyka z naszego poprzedniego krążka.

MARTA: Jak wyglądały Twoje pierwsze kroki w branży muzycznej?

SZYMON: Z zespołem Carpe Diem. Jestem dyplomowanym gitarzystą, skończyłem szkołę muzyczną, ale generalnie nigdy nie śpiewałem, nie miałem pojęcia o tym, jak się śpiewa. Któregoś dnia spróbowałem

przypadkowo ryknąć J do mikrofonu i zauważyłem, że ludzie specjalnie się nie skrzywili i spodobało mi się. I dzisiaj moim przewodnim instrumentem jest mikrofon, a nie gitara.

MARTA: I na koniec rada dla tych, którzy tak, jak ty chcą zająć się branżą muzyczną.

SZYMON: Wierzyć w siebie, mieć marzenia, mieć pomysł na siebie. Ja sam nie wiedziałem, jak to się dzieje. Do tego trzeba dojrzeć, dorosnąć i zjeść trochę zębów w tym temacie, trochę przeżyć; zaznać trochę bólu. Trzeba mieć szacunek do tego, co się robi. Jak wszystko przychodzi za łatwo, to człowiek nie ma pojęcia, na czym polega ciężka praca. Przykre jest to, że zawód muzyka jest przez większość ludzi nie szanowany. Ludzie widzą muzyka jako kogoś, kto wyjdzie sobie na scenę, zaśpiewa sobie półtorej godzinki (a to jest ciężka robota), zejdzie i weźmie kasę. To nie tak. Ty też przyszedłeś na ten koncert, nawet żeby skrytykować, ale jeśli wytrzymałeś te półtorej godziny, to znaczy, że ta muzyka nie jest taka ostatnia.

Więc pomyśl, ile pracy człowiek musiał włożyć w to, żebyś wytrzymał te półtorej godziny, a niejednokrotnie dobrze się bawił. To nie jest praca od 8:00 do 16:00,  tylko to jest praca przez cały czas.